102 urodziny pani Luby
Luba Lipska w szufladzie przechowuje swoją metrykę z 1907 roku, z symbolem Cesarstwa Rosyjskiego - dwugłowym orłem. Urodziła się w Rydze. Swoje 102 urodziny świętuje dziś w Prawosławnym Domu Pomocy Społecznej Diecezji Lubelsko - Chełmskiej w Lublinie.

Naukowcy poszukują genu odpowiedzialnego za długowieczność, pani Luba mówi:- to wola Boża, żyję już 102 lata. Nieustannie modli się, często przystępuje do Świętych Tajemnic. Modlitwa jest jej orężem na ból, niedomaganie, samotność. Nie szuka oparcia w ludziach, ani w sobie, jedyne prośby, jakie ma do odwiedzających ją przyjaciół, to żeby naprawić jej stary modlitewnik, bo okładka się odkleja, albo skopiować akafist do Matki Bożej, który ktoś dał jej do przejrzenia.

Car Mikołaj II w Eupatorii
Jest kilka zdarzeń w życiu pani Luby, które pamięta doskonale. Jednym z nich była wizyta cara Rosji wraz z rodziną i młodziutkim następcą tronu Aleksym na Krymie. Uczennica Luba Lipska z koleżankami i kolegami stała na dworcu kolejowym w Eupatorii. Z kolorową chorągiewką w ręku witała carską rodzinę.
- Stałam tak blisko, widziałam jak brat cara Mikołaja trzyma na rękach małego Aleksego.
Mama - Paraskiewa pochodziła z Połocka, a ojciec - Bazyli urodził się z mieście Mickiewicza- Nowogródku. I wojna światowa rozdzieliła rodzinę Lipskich i wygoniła z Rygi. Ojcu jako potencjalnemu żołnierzowi polecono zostać w stolicy, rodzinę wysłał, jak mu się zdawało, daleko od wojny.
- W 1914 wyjechaliśmy z Rygi, pamiętam była przesiadka w Mińsku, ale tam było dużo wojska i szalała cholera. Pojechaliśmy dalej.
Pierwszym punktem docelowym okazał się Rostów nad Donem, a później Krym. Z tamtego okresu pani Luba zachowała stary, pożółkły już list, złożony w czworo, z pochyłym odręcznym pismem ojca. List rozpoczyna się: Miła Pasza! Korespondencja datowana jest na 5 czerwca 1915 roku, ojciec pisał z Rygi do swojej rodziny i brzemiennej wówczas żony.
- A tak swoja drogą, to, jaki wtedy był atrament i papier, tyle lat wytrzymał, tyle wydarzeń.

Biali wieczorem, czerwoni za dnia
Po Rewolucji Październikowej rodzina Lipskich nie mieszkała w jednym miejscu, byli przerzucani z miasta do miasta. Z Krymu przywieźli ich na Białoruś, wyrzucili z samochodu w miejscowości Żłobin, niedaleko Homla. Ojciec pełnił wówczas obowiązki felczera, w miasteczku szalał tyfus. Zaraził się, zmarł w 1920 roku.
- Mama została sama z dziećmi i powiedzieli nam: Gdzie chcecie tam jedźcie. Cóż było robić, jak tata wyjeżdżał z Rygi, to zamknął drzwi na klucz, pewny, że tam wrócimy. Mama chciała wracać. Dojechaliśmy tam w 1921 roku, a tam Ни кола, ни двора. (Kamień na kamieniu nie został- przyp. A.J.)
Paraskiewa Lipska pojechała do rodzinnej miejscowości swojego męża, - do Nowogródka. Wojska rosyjskie opuszczały ten teren, a na ich miejsce wkraczały polskie oddziały. Stali się wówczas obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej. A że nie było, za co i gdzie się uczyć, trzeba było iść do pracy. Jako niespełna osiemnastoletnia dziewczyna, Luba pojechała do Łodzi za chlebem. Uczyła się dziewiarstwa i szycia. Ale zatrudnienie znalazła jako służąca u bogatych ludzi w Warszawie. Mając tylko walizeczkę, kilka razy zmieniała pracę. Pamięta, że jeden z domów, którym się opiekowała był blisko Belwederu.
Pani Luba była samotna w Warszawie, zagadnięta o przyjaciół, czy o ludzi, których zapamiętała z przeszłości, przypomniała sobie jedną osobę- koleżankę Wierę, z którą chodziła do cerkwi w Warszawie.
- Raz dogadałam się z Wierą, że razem pójdziemy do soboru na Pradze, ale ona nie przyszła. Ja wtedy bardzo źle się poczułam i straciłam przytomność, jacyś ludzie odwieźli mnie do państwa, u których pracowałam.

Kolejna wojna
- W dzień wybuchu wojny wyszliśmy z Warszawy na piechotę, a później przyszło wojsko radzieckie i zaczęli wywozić mężczyzn w głąb Rosji.
II wojnę światową pani Luba spędziła w Niemczech na robotach przymusowych. Pamięta jak przywieźli ich do jakiegoś miasta III Rzeszy i zaczęto rozdzielać między Niemców. Ci, którzy wyglądali na zdrowych i byli dobrze zbudowani odjeżdżali z gospodarzami na wieś, a ci, tak jak pani Luba, którzy byli szczupli, trafiali do fabryki. Wróciła w 1947 roku.
- Z Niemiec przypłynęliśmy statkiem do Szczecina, eskortowali nas Anglicy, a noc była taka cudna, cudna…. Dopiero później dotarłam do stolicy, Warszawa była cała w gruzach. Nie pamiętam dokładnie ile lat byłam w Niemczech, ale pamiętam jak tam głodowaliśmy i pamiętam jak marzyłam, żeby zjeść kotleta. Kiedy w 1947 roku wróciłam z tych robót do Warszawy, to poszłam do Bracikowskich, moich ostatnich przed wojną pracodawców. Akurat trafiłam na obiad, zaproszono mnie do stołu, a podano właśnie kotleta… i lody pamiętam….A jadłam ten obiad w Belwederze, bo Wacław Barcikowski, to wtedy był ktoś ważny w rządzie. (Wacław Barcikowski- wicemarszałek Sejmu Ustawodawczego RP w 1948 roku- -przyp. A.J.) I zanim się dostałam do Belwederu, to żołnierze na warcie sprawdzali moje dokumenty i pytali kogo szukam.
Pani Luba w szufladzie przechowuje legitymację Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. Na zdjęciu zobaczyłam bardzo starą i zmęczoną panią w okularach.

Spółdzielnia Pracy Dziewiarskiej „Tęcza”
W legitymacji pracowniczej pierwsza wypłata datowana jest na 1952 rok, a ostatnia na 31 marca 1958 roku. Ale takie stare dokumenty przechowują coś więcej niż tyko suche informacje, chociaż też bardzo ważne, bo tak odległe. Ze zdjęcia uśmiecha się już inna Luba Lipska, widać, że jej kondycja się poprawiła, odmłodniała i zdjęła okulary. Luba Lipska- stanowisko szpularka, adres zamieszkania Warszawa Al. Wyzwolenia. Do „Tęczy” pani Luba dojeżdżała autobusami, albo tramwajami nr 18, bilet miesięczny w tamtych czasach kosztował 15 zł. I bilet się zachował.

Podwójne obywatelstwo
W 1959 roku los rzucił moją bohaterkę znowu w rodzinne strony na Łotwę, tym razem był to Związek Radziecki. Spotkała się tam z mamą i siostrą Wierą. Pracę znalazła w wielkiej fabryce włókienniczej w Rydze. Pamięta jej łotewską nazwę. Dostała paszport radziecki (dwujęzyczny, łotewsko- rosyjski). W Polsce pozostawiła krewnych- wnuki, co prawda nie jej własne, a wnuki siostry, które wysłały jej zaproszenie na Śląsk.
- Przyjechałam wtedy do Polski i chciałam odzyskać obywatelstwo polskie, ale miałam paszport radziecki. Więc go wyrzuciłam. Miałam jeszcze dokumenty od Barcikowskich, z polskim adresem, więc je pokazałam i na ich podstawie wyrobiono mi nowy paszport.
Dziś pani Luba ma dwa aktualne paszporty polski i łotewski i dwa radzieckie w szufladzie.

Bukiet ze stu róż
Pani Luba w ciągu kilku naszych spotkań pokazała mi zachowane zdjęcia z młodości własne i rodziny. Najbardziej wzrusza się, gdy widzi maleńką, trzylatkę z dwoma kucykami.
- To ja, jak miał trzy lata. Uwierzysz?
Widząc mamę, mówi, że i ona dożyła sędziwego wieku, bo 91 lat. Ze zdjęcia spogląda pogodna staruszka, gładko przyczesana, w ciemnej sukience. Już tyle wody upłynęło, od czasu, gdy się ostatni raz widziały, a jednak pani Luba płacze, jak patrzy na to zdjęcie.
- Moja mama, moja mama. Ona też tyle wycierpiała.
Ma też zdjęcia swojego rodzeństwa i chociaż w większości z różnych pogrzebów, to z uśmiechem wymienia ich imiona: Wiera, Sofija, Zinaida, Jelena i Borys, który zginął na wojnie.
W 2003 roku pani Luba zamieszkała w Lublinie w Prawosławnym Domu Pomocy „Eleos”. Przeniosła się tutaj z podobnej placówki w Stanisławowie, pod Warszawą. Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę, gdy pierwszy raz spotkałam panią Lubę w cerkwi (która znajduje się w tym samym budynku) była prosta chustka- czarna w czasie postu i biała w świątecznym okresie. W czasie Liturgii stoi o własnych siłach, często przystępuje do Eucharystii. Niestrudzenie modli się o zdrowie i spokojną śmierć. Sama mówi, że już tyle przeżyła i że najbardziej zaskakujące jest to, że wciąż żyje. Dwa lata temu świętowała setne urodziny, z tej okazji gratulacje na jej ręce złożył prezydent Lublina Adam Wasilewski i ówczesny premier Jarosław Kaczyński. Poza tym byli goście i sto róż.
Pani Luba ma białe jak mleko włosy i niebieskie oczy. Kiedy do niej wchodzę przepisuje modlitwy, wokoło leżą książki, modlitewniki, akafisty do Matki Bożej, Biblia. Na haczykowatym nosie ma okulary, a w dłoni wielką lupę. Bo jak ma się 102 lata to wzrok już nie ten…..

 Artykuł ukazał się w majowym numerze Przeglądu Prawosławnego.
Anna Jawdosiuk